Kilka dni temu obchodziliśmy z mężem rocznicę ślubu. Z tej okazji przygotowałam dla Was wpis (choć może jest on bardziej dla mnie żeby przypomnieć sobie miłe chwile), do którego bardzo długo się zbierałam. Nawet nie wiem czemu to tak długo trwało. Dobrze, że mimo upływu czasu wpis na blogu się pojawił.
A teraz do rzeczy. Ślub razem z przyjęciem weselnym (nie było to typowe wesele, raczej taki przedłużony obiad z deserem i tańcami) zorganizowaliśmy bardzo szybko bo doszliśmy do wniosku, że nie ma na co czekać i nie chcemy rozciągać przygotowań w nieskończoność. Nie mieliśmy też specjalnych wyobrażeń co do tego, jak ten dzień ma wyglądać. Chcieliśmy tylko żeby to była kameralna uroczystość w naszym stylu. Przyjęcie odbywało się w restauracji niedaleko naszego mieszkania (tu link do strony). Teraz z perspektywy czasu uważam, że mocno ryzykowne było robienie imprezy pod namiotami we wrześniu, ale jak to się mówi głupi ma szczęście i tego dnia była wspaniała pogoda. Wiele rzeczy związanych ze ślubem i przyjęciem, robiliśmy sami. Nie tylko miało to obniżyć koszty, ale jak już zapewne wiecie bardzo lubię wszelkie prace plastyczne i nie byłabym sobą gdybym choć części rzeczy nie wymyśliła sama. Oczywiście nie dałabym rady wszystkiego zrobić bez pomocy i tu należą się podziękowania dla mojego męża, rodziny i przyjaciół. No, ale po kolei.
Zaczęliśmy od zrobienia zaproszeń. Trochę popatrzyłam jakie zaproszenia są na rynku, zrobiłam kilka prób (chciałam żeby zaproszenia były ładne, ale proste w wykonaniu) i stworzyłam prototyp. Potem rozpoczęliśmy produkcję na większą skalę Jak już powstały zaproszenia w tym samym stylu zrobiliśmy winietki na stół.
Następnie zaczęłam myśleć nad dekoracją namiotów oraz stołów. Dzięki pomocy koleżanek i sióstr ciotecznych zrobiłyśmy hurtową ilość papierowych pomponów (tu znajdziecie instrukcje jak je zrobić).
Potem zabrałam się za przygotowanie podziękowań dla gości. Każdy lubi małe co nieco więc nie było problemu żeby wymyślić co by to mogło być. Do tekturowych papilotek włożyłam po kilka śliwek w czekoladzie. Całość zawinęłam w celofan i przewiązałam wstążką, do której przyczepiłam etykietki z datą ślubu oraz podziękowania.
Moja mama zrobiła dekoracyjne kule na stoły (Gosia z takich kul robiła świąteczne bombki, tu instrukcja). Dodatkowo dokupiliśmy kolorowe świeczki na stoły oraz wazoniki.
Dzień przed ślubem pojechałam na giełdę kwiatową, kupiłam eustomy, dalie, anemony i inne kwiaty w odcieniach różu i fioletu i zrobiłam bukiety na stoły, a także ślubną wiązankę dla siebie i bukiecik dla mojej świadkowej.
Rodzina wiedząc w jakich kolorach będzie dekoracja obdarowała nas wiązankami w podobnych barwach. Po przyjeździe do restauracji dodatkowo postawiliśmy je na stołach. Z rzeczy już mniej plastycznych i dekoracyjnych, które udało się zorganizować i nie kosztowały majątku udało się nam zaoszczędzić na torcie. Zamiast kupować coś wymyślnego, kupiliśmy 3 zwykłe dostępne w ofercie jednej z piekarni. Sukienkę uszyła mi polecona krawcowa, która szyje nie tylko suknie ślubne. Włosy układała mi mama, a makijaż robiła pani w Sephora. Samochód był pożyczony od teściów. Zdjęcia ślubne i te z sesji (która również odbyła się z mega opóźnieniem) robił nam kolega. Prowadzi teraz bloga więc możecie popatrzeć na jego pracę tu. Część zdjęć robiła również Gosia, dzięki czemu dzisiaj oglądacie jak wyglądała dekoracja.
Nie chcę żebyście odnieśli mylnie wrażenie, że nasz pomysł na ślub był jedyny i słuszny, ale chce tym wpisem pokazać że jak ktoś chce to można. A Wy macie jakieś doświadczenia w organizacji weselnej dekoracji?
Marta
P.S. Zdjęcia całej dekoracji są autorstwa Gosi, ostatnie zdjęcie jest zasługą Tomka (czasami.pl)
Wrzesień w tym roku pod względem pogodowym jest cudowny. Dostaliśmy w prezencie takie przedłużenie lata. Mimo, że poranki są chłodne i szybciej robi się ciemno, chce się krzyczeć… chwilo trwaj.
Z jednej strony mamy wakacyjne temperatury, a z drugiej dobrodziejstwa jesieni w postaci przepysznych warzyw (mój dziadek zawsze powtarza, że jesienny kalafior jest najlepszy) i owoców, a także przepięknych jesiennych kwiatów. Jak dla mnie taka pogoda mogłaby utrzymać się do kwietnia.
Nawet przebolałabym święta bez śniegu:-) korzystając z pięknych okoliczności pogody mam dla Was pomysł na letnio/jesienny bukiet w takim nietypowym wazonie bo zrobionym z dyni. Wykonanie kompozycji jest dziecinnie proste, a dodatkowo możecie poćwiczyć przed Halloween wykrajanie upiornych twarzy w dyniach.
Potrzebujemy niedużej dyni, małego słoika, kolorowych kwiatów oraz innych zielonych gałązek. Przydadzą się też nóż, łyżka do lodów oraz narzędzie do robienia arbuzowych czy melonowych kulek (możecie wykorzystać co innego, pokazuję tylko z czym mi pracowało się najlepiej).
Najpierw odcinamy górną część dyni. Następnie łyżką wyciągamy nasiona. Otwór oraz nadmiar miąższu drążymy przy pomocy narzędzia do kulek (nie wiem jak ono się profesjonalnie nazywa). Jedna uwaga, miąższ dyni bywa twardy i będzie potrzebne użycie większej siły.
Sprawdzamy czy słoik się zmieści w dyni, jeżeli tak to możemy zacząć układać kompozycje kwiatową, a jak nie to należy dalej drążyć. Nie stosowałam żadnych super technik układania kwiatów. Po prostu przycięłam łodygi na odpowiednia długość i wsadziłam do mojego dyniowego wazonu.
I tak powstała piękna wrześniowa dekoracja.
W trakcie jednego ze spotkań ze znajomymi, wywiązała się rozmowa o samodzielnie robionych przedmiotach. Moja przyjaciółka, która prowadzi zajęcia z dziećmi postanowiła sama przygotować część pomocy dydaktycznych. Gdy powiedziała co dokładnie chciałaby zrobić, zaproponowałam, że chętnie ją w tym wyręczę (zwłaszcza, że taki pomysł chodził mi po głowie) i w ten oto sposób powstały piłkarzyki.
Zostaną one wykorzystane do zajęć z terapii ręki m.in. do utrwalania prawidłowego chwytu i ćwiczeń nadgarstka oraz koordynacji oko-ręka. Dzieci będą miały zabawę i przy okazji będą ćwiczyły.
Do zrobienia domowych piłkarzyków potrzebujemy: pudełka po butach (im większe tym lepiej), kartonu do wzmocnienia ścianek, drewnianych patyczków (do kupienia w hipermarketach budowlanych w dziale drewno, kopiłam trzy i pocięłam sekatorem) klamerek do bielizny, farb, młotka i czegoś czym można zrobić otwory. Najpierw malujemy pudełko z zewnątrz.
Następnie z kartonu wycinamy elementy odpowiadające wielkością bokom pudełka i również je malujemy. Po wyschnięciu farby za pomocą taśmy dwustronnej przyklejamy w środku, kartonowe elementy. Nożykiem do papieru wycinamy otwory na bramki. Zaznaczamy z obu stron miejsca na drewniane patyczki.
Żeby zrobić otwór odpowiedniej średnicy najpierw robimy małą dziurkę - np. w mały śrubokręt uderzamy młotkiem, a następnie poszerzamy otwór wkrętem, na koniec delikatnie przeciskamy drewniany patyk. Możecie zastosować inne rozwiązanie, dla mnie to było najwygodniejsze. Tak postępujemy ze wszystkimi dziurkami.
Na koniec zostało przyczepienie piłkarzy- klamerek. Klamerki malujemy i przypinamy do patyczków. I tyle, domowe piłkarzyki gotowe. Mogą się bawić nimi dzieci lub jak widać na zdjęciach dorośli.
W tym sezonie nie mam szczęścia do robienia przetworów. Jak tylko sobie zaplanuję pichcenie w kuchni zaraz coś mi wyskakuje i muszę przyspieszać, albo kombinować żeby owoce czy warzywa się nie zmarnowały. Wszystko robię na raty i cała produkcja rozciąga się w czasie. Jedyne co jeszcze trzyma mnie przy życiu to myśl, że jak przyjdzie zima otworzę sobie jeden ze słoiczków i wrócą do mnie wszystkie smaki i zapachy lata.
Dzisiaj mam dla Was pomysł na ładne opakowanie Waszych przetworów. Jest to taka wisienka na torcie po ciężkich trudach robienia tych wszystkich pyszności.
Udekorowane słoiki mogą stanowić jesienną dekoracje kuchennych półek lub być smakowitym podarunkiem dla rodziny i znajomych.
Do pobrania i wydrukowania są trzy pliki, każdy zawiera trzy wersje kolorystyczne – dla każdego coś miłego. Przygotowałam dla Was: etykiety na słoiki, nakładki na wieczka (używam słoików z recyklingu i nie zawsze nakrętki trafiają w moje gusta lub po prostu mają napisy) oraz ozdobne napisy. Te ostatnie możecie wykorzystać jako zawieszki lub za pomocą taśmy przykleić je na wieczka.
Dodatkowo w jednym z plików zostawiłam kawałek kolorowego papieru. Zrobiłam to specjalnie na wypadek jakby Wasze słoiki były mniejsze i gotowe etykiety nie pasowały. Wystarczy wyciąć paseczek i nakleić na niego jeden z ozdobnych napisów. To takie proste. A Wy macie jakieś swoje patenty na przyozdabianie słoików? Pochwalcie się nimi.
Jak pisałam w ostatnim poście, przede mną do zrobienia przetwory z owoców i warzyw między innymi z pomidorów. Przeciery już stoją i czekają na zimowe obiady, a teraz na tapecie jest domowy keczup. Nie powiem pracy przy tym trochę jest (przecieranie przez sitko nie należy do moich ulubionych zajęć), ale wszystko rekompensuje smak. Nawet mój mąż, który do pomidorów ma specyficzne podejście stwierdził, ze zdziwieniem, że smakuje jak keczup. I dodał, że fajnie by było zrobić wersję z większą ilością ziół. Pomidory jeszcze zostały więc trochę poeksperymentuję z przepisem. A jeżeli mowa o przepisie to pochodzi on z sierpniowego numeru pisma „Pani”. Poniżej zamieściłam go razem z moimi uwagami, bo poczyniłam kilka zmian w trakcie szykowania.
Składniki:
2 kg pomidorów
2 małe buraki
duża cebula
4 ząbki czosnku
4 gałązki tymianku ( ja zamieniłam je na oregano i listki bazylii)
1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego (wrzuciłam 4 całe ziarna)
szczypta pieprzu kajeńskiego (ten punkt pominęłam)
4 łyzki oliwy
1/3 szklanki octu balsamicznego
1/2 szklanki cukru
sól i pieprz
A oto jak to zrobić:
Pomidory myjemy i kroimy w ćwiartki. Buraki i cebule myjemy i kroimy w plastry. Warzywa umieszczamy w głębokiej formie. Dodajemy pozostałe składniki i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika.
Pieczemy w tej temperaturze przez 30 minut. Następnie mieszamy wszystko, skręcamy temperaturę do 150 stopni i pieczemy jeszcze przez 2 godziny. W przepisie jest informacja, że jakby wyparował cały płyn to należy formę przykryć folią aluminiową. U mnie płynu było bardzo dużo, być może to kwestia pomidorów jakich użyłam. Po upływie 2 godzin wyciągamy tymianek/oregano, czosnek wyciskamy z łupinek, wyciągamy laskę cynamonu (jeżeli ktoś dodał) oraz ziarenka ziela angielskiego. Upieczone warzywa przekładamy do blendera i miksujemy na krem, po czym przecieramy przez sito. W związku z tym, że u mnie było dużo płynu po przetarciu nie otrzymałam oczekiwanej konsystencji, musiałam nadmiar wody odparować.
Jeżeli u Was też będzie taki problem to proponuję w trakcie przecierania, nie dodawać pozostałego soku z warzyw i zmiksować same warzywa- nie będzie trzeba nic odparowywać. Gotowy keczup pasteryzujemy w słoikach przez 20 minut w 100 stopniach. Przez to, że mój keczup był odparowywany, ciepły przełożyłam do wyparzonych słoików i postawiłam nakrętkami do dołu. Mam nadzieje, że pomysł domowego keczupu przypadł wam do gustu i sami wypróbujecie przepis.
Marta
Miły Gościu na naszym blogu używamy ciasteczek. Goszcząc u nas zgadzasz się na to!